[RECENZJA] Schemat (nie)powtarzalny

„Siadam, gasną światła, na sali zapada cisza. Widać tylko zarys kurtyny unoszącej się w górę. Gdzieś w środku mnie jest poczucie, że będzie tak samo dobrze jak każdego razu kiedy tutaj przychodzę. Obserwuję spektakl, który przenosi mnie do roku Anno Domini 2016. Choć wcale się tam nie rozgrywa. Jest dziełem o miejscu i wydarzeniach daleko stąd. Choć można by je odnieść do każdego miejsca na świecie, w którym słońce zachodzi na więcej niż kilka dni, a wstaje dopiero wtedy, gdy Księżyc zostaje zerwany z nieboskłonu i roztrzaskuje się z hukiem o Ziemię.”

Piąty dzień listopada roku bezpańskiego 2016, był dniem kolejnej premiery w Teatrze Zagłębia w Sosnowcu. Wybrałem się tam bardzo pewny swego, wiedziałem czego mogę się spodziewać. Mając świadomość tego jacy aktorzy biorą udział w tym przedstawieniu, mogłem spokojnym krokiem, dostojnie, zmierzać w stronę beżowego budynku. Jeszcze przed rozpoczęciem spektaklu, spotkała mnie miła niespodzianka. Spotkałem kogoś, kogo widziałem bardzo dawno temu, kogo spotykałem będąc jeszcze dzieckiem. Człowieka, który miał na mnie duży wpływ, ale stałem się świadomym tego wpływu dopiero niedawno. Jan Klemens, bo o nim mowa, był wieloletnim dyrektorem rzeczonego teatru, a dla mnie osobiście ten człowiek to kawałek dzieciństwa. Było to dla mnie niesamowitym spotkaniem, gdyż niedawno do mnie dotarło, iż był on postacią dla tego teatru niezwykle ważną. Dzisiaj to ja w pewnym sensie wiąże się z Teatrem Zagłębia i nigdy wcześniej bym nie przypuszczał, że te drogi się powtórzą. Wystarczy już tych refleksji, przechodzę do meritum.

Mija 15 lat od ostatniej adaptacji fabuły Ryszarda Kapuścińskiego pod tytułem „Cesarz”. Mogłoby minąć i 20, ale obecnie jest taki czas kiedy ta sztuka musiała się zwyczajnie pojawić (to jest oczywiście tylko moje podejrzenie, wszystko jest tak na prawdę dziełem przypadku, a ja snuję teorie spiskowe). „Cesarz” w wydaniu zagłębiowskim został przygotowany przez zespół wspaniałych profesjonalistów, związanych z wrocławską filią PWST. Reżyserem spektaklu jest Aneta Głuch-Klucznik, natomiast adaptacją zajął się Tomasz Man. Oboje mają bardzo duży dorobek artystyczny, lecz „Cesarz” w moim odczuciu był dla nich nowym wyzwaniem zawodowym. Kapuściński w swoim dziele podjął się opisu zwyczajów i codzienności dworu niegdysiejszego władcy Etiopii Hajle Syllasje. Uciekł jednak od typowego dla siebie, reporterskiego spojrzenia i swoją książkę poprowadził bardziej w stronę fabuły niż reportażu.  Jego opis zwyczajów, zachowań i obyczajów na dworze etiopskiego władcy jest naturalną inspiracją do tworzenia dzieła teatralnego. Uniwersalność dzieła Kapuścińskiego pozwala zaadaptować opisywane zdarzenia na dowolny grunt i czas. „Cesarz” w zagłębiowskiej adaptacji ucieka się do mocnej i wyrazistej symboliki. Sztuka ta nijak nie mówi o czasie wydarzeń, jest jakby poza czasem, gdzieś daleko stąd, ale jakby blisko. Władca jako taki nie występuje, na pierwszym planie mamy jedynie ludzi dworu. Zachowania poddanych są tak wyraziste, że trudno ich nie odnieść do naszej rodzimej „krag*”. Szaleństwo tych ludzi, ich pełne kompleksów osobowości, szukające ukojenia w spojrzeniu władcy są wyrazem problemów z jakimi mierzy się część społeczeństw w różnych miejscach świata i w różnym czasie. Wyrośli na ideologii i religii stają się karykaturami ludzi, marionetkami, które można wodzić w dowolną stronę. Jest to swego rodzaju pokaz tego jak wygląda syndrom sztokholmski w przypadku psychicznego poniżenia. Najbardziej porażającym jest fakt, że ten schemat powtarza się wciąż. Społeczeństwa wznoszą się i upadają. Kiedy czas jest zły wraz z nim wychodzi też zła strona człowieczeństwa. Problemy rodzą kompleksy osobiste, które jak zaraza przenoszą się po wielu innych osobach, a na ich czele staje, król kompleksów – najczęściej niski wzrostem i najbardziej zakompleksiony, który to w swych ułomnościach jest najbardziej wyrazisty. On doskonale to pojmuje, stąd jego siła nienawiści wobec własnej bylejakości. Śmiech jest tutaj maską, a nie szczerym dystansem do samego siebie, otoczenia i życia, tutaj nie ma miejsca na radość. Liczy się pokora przed władcą lub bogiem. Przecież brak indywidualizmu w społeczeństwie jest gwarantem stabilności… Władcy. Ci, którzy zgłoszą sprzeciw są automatycznie skreślani, szykanowani. Gdy sprzeciw zamienia się w bunt, to leje się krew. Wtedy już za późno na reformy myślenia i cesarstwo upada. Społeczeństwo przez jakiś czas wzrasta, a na drabinę władzy wchodzą kolejni.

Ta sinusoidalność świata jest czymś, z czym nigdy nie wygramy. Utopijne marzenie o świadomym społeczeństwie upada za każdym razem, gdy się pojawia. Ten schemat powtarzalny to swoisty rodzaj kolejki górskiej jaką jest życie społeczeństw. Nie jesteśmy w stanie tego zmienić, nie mamy takiej mocy. Możemy jedynie wpłynąć na wychylenia, by były jak najmniejsze. I ta sztuka jest czymś co powoduje, że wychylenia stają się mniejsze. Jest doskonałym obiektywem patrzenia na rzeczywistość, hamulcowym w momencie zbytniego wariactwa. Pozwala ujrzeć to czego na co dzień możemy nie widzieć. Ten „Cesarz” staje się naszym władcą dlatego, że jest niepowtarzalny. Potrafi rozbawić, potrafi też wpędzić w strach. Mimo powtarzalności wysokiego poziomu sztuk w Teatrze Zagłębia, klimat tego spektaklu powtarzalny nie jest i to jest całym mistrzostwem ludzi tworzących ten teatr. Jeśli kiedyś będziecie potrzebować, by ktoś Wam otworzył oczy to wybierzcie się na „Cesarza”, bo to kawał dobrej sztuki i górnolotnego aktorstwa.

*krag – z afr. władza

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>